Anna Szumacher, ,,W cieniu Aniołów”, Wydawnictwo IX, 2024

            Maria Dee powraca w wielkim stylu i jak to mówił pewien klasyk ,,będzie się działo” i będzie naprawdę piekielnie…dobrze. Czyli, kiedy Piekło płonie, to Ziemia drzy, Niebo się rozpada, a przyszła prawniczka musi znaleźć paragraf na przewrót w Dominium.   

            Uwaga! Jeśli nie czytaliście pierwszej części, to polecam ominąć na razie tę recenzję i zajrzeć do poprzedniej. W recenzjach staram się zawsze ukrywać spojlery, jednak w przypadku tej, trudno będzie uniknąć tych, dotyczących pierwszego tomu cyklu Marii De ,,W pożyczonym czasie”, który korzystając z okazji gorąco polecam.

            ,,Maria wyobrażała sobie piekło dosyć często […] spodziewała się tam zastać różne rzeczy: kotły ze smołą, diabły z widłami i rogami, kręgi piekielne, cholera nawet Dantego w objęciach Wergilusza, ale nie tłumu na podziemnej stacji, kolorowych reklam i właśnie nadjeżdżającego nowoczesnego wagonu” (s.20). Tak więc, w najnowszym tomie, Maria Dee wyrusza wraz z nefilimką Tiffany na samobójcza misją uratowania Estelle, zwanej Bandit – córki Kinreda – Króla piekieł i ironii, do samego Dominium, gdzie miał miejsce przewrót. Jak się szybko okazuje, piekło zupełnie nie przypomina miejsca z obrazów Hieronima Boscha, niemniej jest ono chyba jeszcze straszniejsze… tylko oprawę ma bardziej baśniową. Tymczasem na ziemi, czyli Mundi, również dzieją się niezwykłe, a przy tym wyjątkowo  krwawe wydarzenia…

            A zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi. Wspomniany plot twist, nie tylko mnie zaskoczył, ale bardzo się spodobał. Okazuje się bowiem, że jeden z bohaterów z pierwszej części, okazuje się nie tym za kogo wcześniej się podawał. I uważam, że było to całkiem ciekawe rozwiązanie, dające nowego powiewu powieści. Przy okazji ginie dwóch innych, ,,zasłużonych” dla pierwszej części bohaterów, co również było interesującym zabiegiem literackim, który skierowało powieść na zupełnie inne tory.

            Akcja powieści nabiera tempa, a także jest wyjątkowo spójna. O ile w poprzednim tomie, trochę narzekałam na ,,serialowość” prowadzenia akcji, to tutaj, owszem mamy również różne odcinki, ale są już one silniej skorelowane wokół jednego celu, który jednak często ulega modyfikacjom, ze względu na pojawiające się nowe okoliczności. Dzięki temu, powieść, pomimo rozrywkowego charakteru, nabrała większej głębi, a sama autorka z wyczuciem poruszyła również poważniejsze tematy.  

            Bardzo podobało mi się, że główna bohaterka przechodzi pewną przemianę, ale z drugiej strony nie jest ona o 180%, gdyż nadal zachowuje swój, nomen, omen, demoniczny charakter. Niemniej, widać, że pewne wydarzenia, zarówno te negatywne, jak i pozytywne, sprawiają, że zaczyna się inaczej zachowywać, a także okazywać więcej ,,luzu” w kontakcie z innymi osobami, a szczególnie z pewnym demonem, o wdzięcznym imieniu Zagam.

            Anna Szumacher, w postaci Marii Dee, świetnie oddała także postać Campbellowskiego bohatera, który w monomicie, wracając z nadprzyrodzonego świata (w przypadku Marii Dee  dosłownie), do swojego starego – normalnego, nie jest już tą samą osobą i, ze względu na swoje doświadczenia, trudno mu odnaleźć się na nowo w dawnym środowisku. Owszem jest mistrzem dwóch światów, ale często jest niezrozumiały przez innych i przeznaczenie znowu się o niego upomina…

            Również relacja Marii, z wspomnianym już demonem Zagamem była interesująca i aczkolwiek przypomina ona trochę topos od ,,enemies to lovers”, ale przy tym jest świetną satyrą na paranormal romantasy z mrocznymi demonami/wampirami czy innymi nadprzyrodzonymi mężczyznami z pięknymi i o gołębich sercach ludzkimi kobietami. Sama postać Zagama jest interesująca i ukazuje dosyć nietuzinkowe spojrzenie na demona, który jest bardziej ludzki, niż niejeden człowiek, czy… anioł, aczkolwiek przy tym, nie jest też chodzącym ideałem i księciem na białym koniu, tylko też ma swoje wady (jak chociażby zbyt szybkie i nieprzemyślane prowadzenie akcji poszukiwawczych).

            Na pochwałę zasługują również kolejni nowi bohaterowie, w tym tajemnicza Gospodyni. Przyznam się, że jej postać mocno mnie zaintrygowała. Z kolei matka Estelle – Arcymistrzyni Czerwona Alice, podobnie jak w Marii i Sybilli, wywołała skrajnie negatywnie. I bardzo dobrze! Co to byłaby za powieść, gdyby wszyscy bohaterowie byli dobrzy? Nawet w hagiografiach pojawiają się demony…

            Cieszyłam się, że Sybilla powróciła i jak widać nie tylko zajmowała się jasnowidzeniem, a także przejęła pałeczkę. Także postać Estelle nabrała większej głębi i stała się już nie tylko zbuntowaną nastolatką, ale młodą dziewczyną, która przeżywa traumy. Anna Szumacher dobrze oddała u niej objawy stresu pourazowego, a także pokazała, że niezależnie od tego kim są jej rodzice i jaka rola została jej wyznaczona, to nadal jednak pozostaje szesnastolatką (a później siedemnastolatką) z psychiką adekwatną do jej wieku.

            Trochę żałowałam, że zabrakło Hiroukiego, a także, że Tiffany i Yves Renaud oraz Agiel mieli zbyt mało czasu antenowego. Ale z drugiej strony rozumiem, że autorka musiała się skupić na rozwoju paru postaci, kosztem innych, nawet jeśli wyjątkowo barwnych, to jednak pobocznych. A ponadto końcówka drugiego tomu sugeruje, że być może będą następne, w co gorąco wierzę, tak więc może nasi ,,znani i lubiani” jeszcze powrócą w wielkim stylu. Cieszę się także, że został także dokończony wątek ducha Alexandra.

            Znakiem firmowym Anny Szumacher jest również sarkazm i czarny humor. Tutaj nie mogło go oczywiście zabraknąć. Przy czytaniu powieści uśmiałam się niejeden raz. Najbardziej podobało mi się kontrastowanie sacrum, o przepraszam ,,demonium” czy ,,diabolum” z profanum. Przykładowo James i Mikhail pomagali Kindredowi – Władcy Piekieł zrobić zakupy i wybrać najlepsze środki do sprzątania mieszkania, czy wybrać produkty na kolację. Innym tego typu zestawieniem była rozmowa Marii Dee z jasnowidzką Sybillą na temat karmy i przeznaczenia, gdy nagle pierwsza z nich, musiała przerwać uduchowioną dysputę, gdyż musiała udać się do toalety.

            Drugą cechą, którą uwielbiam w stylu Marii Dee, jest niezwykła pomysłowość i kreatywność. Opis piekła był naprawdę bardzo intrygujący i zaskakujący. Również kolejne przygody i lokalizacje, w których miały miejsce, wskazywały na wyjątkowo dobry research autorki i dar wplątywania różnych mało znanych historycznych i geograficznych ciekawostek. Ponadto, kreacja świata jest wyjątkowo spójna, a wszystkie działania, chociaż najdziwniejsze, to mają głębokie uzasadnienie w danym światotwórstwie. Dlatego, przykładowo Dominium, czyli po naszemu piekło”, znajduje się nie na dole, gdzie znajduje się jądro ziemi, ale ,,z boku”, gdyż są to międzywymiarowe portalowe, do którego można się dostać przez czasoprzestrzenne tunele. Także idea, że piekło wygląda jak futurystyczna -nowoczesna metropolia z XXV wieku, wynika z tego, że zamieszkiwało je wielu naukowców, architektów czy designerów, którzy zaprzedali swoje dusze w imię nauki i sztuki.

            Podsumowując: ,,W cieniu Aniołów” to kolejna perełka na liście książek fantastycznych, z gatunku Urban Fantasy. Klimatem nieco przypomina ,,Brudne sprawki wujaszka Hana”, aczkolwiek tutaj azjatyckie klimaty, są zastąpione tymi amerykańskimi i okultystycznymi. Komu mogę polecić? Przede wszystkim fanom pierwszej części (nie zawiedziecie się), a także miłośników Mary Shelley, Edgara Allana Poe czy Lafcadio Hearn.

Projekt Canva:

Źródło zdjęcia: Lubimy Czytać  

Opublikowane przez Katarzyna Michalewicz

Rodzinne Mini Wydawnictwo + Blog o recenzjach innych ciekawych książek (szczególnie tych związanych z Azją)

Dodaj komentarz